Usłyszałam ten dźwięk i od razu wiedziałam, że to nie był zwykły wypadek. Dziewczynka leżała na jezdni, a ja stałam w oknie, patrząc na to wszystko. „Nie ruszaj się, zaraz przyjadą” – powiedziałam…

Lekarz Marek Kowalski z trudem uniósł powieki. Zmęczenie było tak przytłaczające, że przez chwilę miał wrażenie, iż zaraz zaśnie na stojąco. Cały dzień operacji, konsultacji i dramatycznych przypadków odcisnął na nim swoje piętno. Spojrzał na zegarek.

Thumbnail

Dwudziesta trzecia czterdzieści siedem. Znowu wracał do domu później, niż obiecał. Szybko zdjął kitel i zarzucił płaszcz. Szpitalna noc była cicha, ale Marek miał wrażenie, że echo syren i nerwowe rozmowy lekarzy wciąż odbijają się od ścian.

Przeszedł przez parking i wsiadł do samochodu. Warszawa nocą tętniła innym rytmem. Światła latarni odbijały się od mokrego asfaltu, a miasto, choć spokojniejsze, wciąż żyło. Ruszył w stronę domu, pozwalając sobie na chwilę odprężenia.

Myślał o prysznicu, herbacie i ciepłym łóżku obok Leny. W chwili gdy skręcał w boczną uliczkę, zobaczył coś, co wyrwało go z błogiej senności. Na przejściu dla pieszych stała mała dziewczynka. Przez moment pomyślał, że to jakieś zabłąkane dziecko, ale wtedy dostrzegł światła nadjeżdżającego samochodu.

Pędził zbyt szybko, nie zwalniał. Marek zdążył tylko krzyknąć. Pisk opon, głuche uderzenie i dźwięk tłuczonego szkła rozdarły nocną ciszę. Dziewczynka została odrzucona kilka metrów dalej, a kierowca zamiast się zatrzymać, dodał gazu i zniknął za rogiem.

Chwila wahania, potem adrenalina. Marek otworzył drzwi i wybiegł na ulicę. Dziewczynka leżała nieruchomo. Miała może siedem lat.

Długie jasne włosy były splątane i brudne. Na jej bluzce widniała plama krwi. Sprawdził puls. Słaby, ale był.

Bez wahania podniósł ją ostrożnie i pobiegł z powrotem do samochodu. Nie było czasu czekać na karetkę. Silnik zaryczał, gdy przyspieszył, pokonując kolejne skrzyżowania na czerwonym świetle. Telefon dzwonił.

Lena pewnie zastanawiała się, gdzie jest. Nie mógł teraz odebrać. W jego głowie kłębiły się pytania: kim jest ta dziewczynka i dlaczego ktoś zostawił ją na pewną śmierć? Gdy tylko dotarł na szpitalny podjazd, wypadł z samochodu, niosąc dziewczynkę w ramionach.

Portier przy wejściu spojrzał na niego z przerażeniem, ale Marek nawet nie zwrócił na niego uwagi. Wbiegł do środka, krzycząc o natychmiastową pomoc. Potrącenie, dziewczynka, krytyczny stan. Salę zabiegową przygotowano w mgnieniu oka.

Pielęgniarki szybko założyły wkłucia, podłączając kroplówki, a anestezjolog już sprawdzał parametry. Marek nie musiał nic mówić. Spojrzenie Adama Wójcika, jego kolegi chirurga, mówiło wszystko. Trzeba działać natychmiast.

Puls dziewczynki był niestabilny, ciśnienie niebezpiecznie niskie. Tomografia wykazała pękniętą śledzionę, wewnętrzne krwawienie i złamanie żeber. Przy takich obrażeniach każda sekunda miała znaczenie. Marek z trudem zapanował nad własnym stresem, myjąc ręce przed operacją.

Na sali czas zdawał się zwalniać. Otaczała ich tylko napięta cisza przerywana krótkimi komendami i dźwiękami aparatury. Skalpel, metaliczny błysk narzędzi, kleszcze, delikatne zaciskanie naczyń, by ograniczyć krwawienie. Ssanie odsłaniało pole operacyjne.

Marek działał automatycznie, wiedząc, że każde drgnięcie dłoni może oznaczać życie albo śmierć. W pewnym momencie serce dziewczynki zwolniło, alarm w monitorze zapiszczał, ale szybka reakcja zespołu uratowała ją przed zatrzymaniem akcji serca. Po dwóch godzinach było po wszystkim. Marek spojrzał na nią.

Wciąż nieprzytomną, ale stabilną. I wtedy to zobaczył. Na jej brzuchu, ukryte pod warstwą zabrudzonej skóry, wiły się cienkie, ledwie widoczne blizny. Nie pasowały do żadnych obrażeń z wypadku.

Były precyzyjne, chirurgiczne. Zatrzymał się na moment, marszcząc brwi. Coś nie tak — zapytał Adam. Marek nie odpowiedział od razu.

Położył dłoń na opatrunku i delikatnie odsunął skórę w miejscu, gdzie kończyła się linia szwów. Blizny układały się w regularny wzór. Jakby ktoś operował ją wcześniej. Ale dlaczego?

I dlaczego nie było o tym żadnych zapisów? Dziewczynkę przewieziono na oddział intensywnej terapii. Marek stał nad jej łóżkiem przez kilka minut, obserwując delikatne unoszenie się jej klatki piersiowej przy każdym oddechu. Kim była?

Kto mógł zostawić na jej ciele ślady po wcześniejszych zabiegach? I co ważniejsze, dlaczego ktoś ją tak po prostu porzucił? Nie mógł tego zignorować. Coś w tym wszystkim było nie w porządku.

Noc była długa, a Marek nie mógł zmrużyć oka. Krążył po szpitalnych korytarzach, nie mogąc przestać myśleć o dziewczynce. Próbował znaleźć logiczne wytłumaczenie. Może przeszła jakieś operacje we wczesnym dzieciństwie?

Może była pod opieką lekarzy, którzy nie zarejestrowali zabiegów w oficjalnych kartotekach? Ale jeśli tak, to dlaczego nikt nie zgłosił się do szpitala, by o nią zapytać? Rano przyjechała policja. Inspektor Jan Malinowski, mężczyzna po pięćdziesiątce o zmęczonej twarzy i surowym spojrzeniu, wkroczył do budynku z pewnością siebie, która od razu wzbudziła w Marku niepokój.

Doktorze Kowalski — powiedział, podchodząc do niego. — Prowadzimy sprawę wypadku. Mamy kilka pytań. Przede wszystkim, czy dziewczynka się obudziła?

Marek pokręcił głową. Jeszcze nie. Jej stan jest stabilny, ale po tym, co przeszła, może minąć trochę czasu, zanim odzyska przytomność. Wiemy, że nie miała przy sobie żadnych dokumentów.

Czy przypomina pan sobie coś szczególnego? Cokolwiek, co mogłoby nam pomóc w ustaleniu jej tożsamości? Marek zawahał się na chwilę, po czym spojrzał Malinowskiemu prosto w oczy. Ma na ciele blizny po wcześniejszych operacjach.

Nie wiem, kto je wykonał ani z jakiego powodu, ale nie wyglądają na standardowe zabiegi. Policjant zmarszczył brwi i zapisał coś w notesie. Chce pan powiedzieć, że ktoś już wcześniej przeprowadzał na niej operacje? Tak.

I to nie jedną. Malinowski milczał przez dłuższą chwilę, jakby analizował to, co właśnie usłyszał. To komplikuje sprawę — mruknął w końcu, odwrócił wzrok i spojrzał przez szybę na śpiącą dziewczynkę. Wtedy w szpitalnym holu rozległo się zamieszanie.

Drzwi otworzyły się z impetem i do środka wbiegł młody policjant. Inspektorze, mamy nagranie z monitoringu. Malinowski natychmiast się ożywił. Pokaż mi to.

Marek podążył za nimi. W małym pokoju monitoringu na ekranie widać było obraz z kamery umieszczonej niedaleko miejsca wypadku. Nagranie było ziarniste, ale wyraźnie ukazywało moment potrącenia dziewczynki. Czarny sedan pędził ulicą, nawet nie próbując hamować.

Tuż po uderzeniu kierowca przyspieszył i zniknął. Policjant przybliżył obraz tablicy rejestracyjnej, ale była rozmazana. Cholera — zaklął Malinowski. — Nic nie widać.

Marek nie mógł oderwać wzroku od ekranu. Czyli ktoś zostawił ją na środku ulicy i nawet się nie zatrzymał — powiedział cicho. Nie tylko to — Malinowski spojrzał na niego uważnie. — Wygląda na to, że to nie był przypadek.

Jak to? Policjant przewinął nagranie do wcześniejszego momentu. Dziewczynka stała sama na chodniku, jakby na kogoś czekała. Nagle z bocznej uliczki wyszedł mężczyzna ubrany w ciemne ubrania.

Spojrzał na nią, powiedział coś i wskazał ręką na przejście dla pieszych. Dziewczynka zawahała się, ale po chwili ruszyła w stronę ulicy. Wtedy nadjechał samochód. To nie był zwykły wypadek.

Ktoś celowo ją tam wysłał. Marek poczuł, jak po plecach przechodzi mu zimny dreszcz. Ktokolwiek to był, wiedział, co robi — powiedział Malinowski. Lekarz skinął głową.

Musimy dowiedzieć się, kim ona jest. Policjant westchnął ciężko. Tego właśnie się obawiam, doktorze. Jeśli ktoś próbował się jej pozbyć, to znaczy, że za tym kryje się coś znacznie większego.

Wracając do domu, Marek czuł zmęczenie, które przenikało go do kości. Ostatnie kilkanaście godzin to była mieszanka adrenaliny i napięcia. Gdy wjechał na osiedle, zobaczył, że w oknach jego mieszkania pali się światło. Lena pewnie nie spała.

Wszedł do środka i od razu poczuł znajomy zapach herbaty. Lena siedziała na kanapie, owinięta kocem, z kubkiem w dłoniach. Na jej twarzy malowała się ulga, ale też cicha troska, którą znał aż za dobrze. Marek — zaczęła, gdy tylko zamknął drzwi.

— Dzwoniłam do ciebie kilka razy. Wiem, przepraszam — odpowiedział, siadając obok niej. Patrzyła na niego badawczo. To chodzi o dziewczynkę, prawda?

Nie musiał potwierdzać. Po prostu skinął głową. To nie był zwykły wypadek — powiedział w końcu. — Ktoś celowo popchnął ją prosto pod koła.

Lena zesztywniała. Jak to możliwe? Nie wiem. Ale policja szuka odpowiedzi, a ja mam przeczucie, że to nie koniec.

Lena położyła dłoń na jego ramieniu. Uratowałeś jej życie. Marek westchnął, ale zanim zdążył odpowiedzieć, jej wzrok padł na telewizor. Pilot leżał obok, więc bez słowa włączyła wiadomości.

Obraz na ekranie natychmiast przykuł jego uwagę. Znajoma twarz. Blond włosy, jasne oczy, dziecięca twarz, którą widział kilka godzin wcześniej na stole operacyjnym. Zdjęcie dziewczynki widniało na ekranie obok wielkiego nagłówka: Zaginiona dziewczynka.

Czy ktoś ją rozpoznaje? Marek poczuł, jak serce mu przyspiesza. To ona — powiedział cicho, ledwo słysząc własny głos. Lena zmarszczyła brwi.

Jesteś pewien? Tak. To ta sama dziewczynka. Wiadomość była krótka, ale wstrząsająca.

Dziennikarka mówiła o zaginięciu Zofii Nowak. Jej rodzice zgłosili zniknięcie trzy miesiące temu, ale śledztwo utknęło w martwym punkcie. Dziewczynka zniknęła bez śladu, a policja nie miała żadnych tropów. Trzy miesiące — powtórzył Marek.

— Gdzie ona była przez ten czas? Lena nie odpowiedziała, ale jej oczy mówiły wszystko. Marek wstał i sięgnął po telefon. Muszę zadzwonić do Malinowskiego.

Myślisz, że oni już wiedzą? Jeśli nie, to zaraz się dowiedzą. Wyszedł na balkon, żeby złapać trochę chłodniejszego powietrza, i wybrał numer. Po kilku sygnałach usłyszał zaspany głos inspektora.

To ja, Kowalski. Widział pan wiadomości? Nie. Co się stało?

Dziewczynka to Zofia Nowak. Zaginęła trzy miesiące temu. W słuchawce zapadła cisza. Cholera — usłyszał w końcu.

— Dobra. Jadę na komendę. Możemy się spotkać? Będę tam.

Odkładając telefon, spojrzał na nocne miasto. Wydawało się nagle inne. Niebezpieczne. Pełne tajemnic, które zaczynały się odsłaniać, ale wcale nie sprawiały, że czuł ulgę.

Wręcz przeciwnie. Miał wrażenie, że wpadł w coś, czego nie powinien dotykać. A najgorsze było to, że nie mógł się już wycofać. Marek prowadził szybko, ale ostrożnie.

Drogi o tej godzinie były prawie puste, ale jego myśli kłębiły się jak szalone. Historia Zofii stawała się o wiele bardziej skomplikowana, a on sam czuł, jak z każdą kolejną godziną wciąga się w coś, czego nie do końca rozumie. Gdy dotarł na komendę, Malinowski już tam był. Siedział w swoim biurze, przeglądając dokumenty, a obok niego stał Adam Wójcik.

Widząc Marka, Adam uniósł brew ze zdziwienia. Co ty tu robisz? Mógłbym zapytać ciebie o to samo — odparł Marek, siadając naprzeciw Malinowskiego. Inspektor odłożył długopis i oparł się na biurku.

Adam był jedną z ostatnich osób, które widziały dziewczynkę przed twoją operacją. Pomyślałem, że warto go przesłuchać — powiedział rzeczowym tonem. Nie wiem, czy to pomoże — wtrącił Adam. — Ale pamiętam, że kiedy dziewczynka trafiła do szpitala, ktoś dzwonił na izbę przyjęć i pytał o jej stan.

Marek spojrzał na niego zaskoczony. Kto? Nie wiem. Rozmowa była krótka.

Pielęgniarka powiedziała tylko, że dziecko jest pod opieką lekarzy, a osoba po drugiej stronie natychmiast się rozłączyła. Malinowski zmarszczył brwi i zapisał coś w notesie. Dziwne. Ktoś musiał wiedzieć, że dziewczynka trafiła do szpitala.

Może to rodzina? Marek pokręcił głową. Nie sądzę. Gdyby to byli rodzice, już byliby tutaj.

Inspektor zamyślił się na moment. Mam otwarte akta. Zdobyliśmy więcej informacji o Zofii Nowak. Rodzice zgłosili jej zaginięcie trzy miesiące temu, tak jak podawały media.

Ostatni raz widzieli ją w drodze do szkoły. Nigdy tam nie dotarła. Policja przeszukała okolice, ale nie znaleziono żadnych śladów. Zero świadków, zero nagrań.

Jakby rozpłynęła się w powietrzu. Marek poczuł, jak napięcie w nim narasta. I nagle pojawia się na ulicy, zostaje potrącona przez samochód, a ktoś próbuje się upewnić, że nie przeżyje. Malinowski kiwnął głową.

Właśnie tak to wygląda. Adam przesunął dłonią po karku, jakby próbował rozładować stres. A co z jej bliznami? Znaleźliście jakieś informacje o wcześniejszych operacjach?

Nic — odpowiedział Malinowski. — W aktach medycznych nie ma żadnych zapisów o zabiegach chirurgicznych. Według dostępnej dokumentacji Zofia była zdrowym dzieckiem. Żadnych operacji.

Marek ścisnął dłonie w pięści. A jednak ma na ciele ślady po zabiegach. I to nie przypadkowych. Malinowski westchnął ciężko.

Coś tu się nie zgadza. Marek spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Było już po szóstej rano. Nie spał od ponad doby, ale adrenalina trzymała go na nogach.

Co teraz? — zapytał. Czekamy, aż dziewczynka się obudzi. Może powie nam coś, co pozwoli to wszystko poskładać.

Marek nie był przekonany, czy to będzie takie proste. A jeśli nie pamięta? Albo jeśli nie chce mówić? Wtedy będziemy musieli szukać inaczej — powiedział Malinowski ponuro.

Zapadła chwila ciszy. Wiesz, co mnie najbardziej martwi? — dodał inspektor. — Że ktoś mógł ją przetrzymywać przez te trzy miesiące, a potem postanowił się jej pozbyć.

Marek poczuł chłód na plecach. Jeśli tak było, to znaczy, że ten ktoś nadal tam jest. I może chcieć dokończyć to, co zaczął. Słońce powoli wschodziło nad Warszawą, ale Marek nie miał w sobie ani odrobiny senności.

Po opuszczeniu komendy ruszył prosto do szpitala, choć wiedział, że nic się nie zmieniło. Zofia nadal była nieprzytomna, a tajemnica wokół niej tylko się pogłębiała. Gdy wszedł na oddział intensywnej terapii, zobaczył Adama Wójcika przy automacie z kawą. Kolega wyglądał równie zmęczony jak on.

Nic nowego? — zapytał Adam, wręczając mu kubek gorącej, czarnej kawy. Nic nowego — odparł Marek, upijając łyk. — Policja nie ma żadnych tropów, a dziewczynka wciąż się nie obudziła.

A co z rodzicami? Nadal nie skontaktowali się ze szpitalem. Nikt. Ruszyli w stronę sali, w której leżała Zofia.

W środku było cicho, jedynie jednostajne pikanie monitorów świadczyło o tym, że jej serce wciąż bije. Miała spokojny wyraz twarzy, ale pod skórą kryła się tajemnica, której jeszcze nie rozumieli. Marek odsunął lekko kołdrę, odsłaniając blizny, które go niepokoiły. Te ślady wyglądają na chirurgiczne, ale nie na standardowe operacje.

Przesunął palcami wzdłuż jednej z linii. To nie są zwykłe zabiegi. Adam przyjrzał im się uważnie. Wiesz, co mi to przypomina?

— powiedział nagle. — Badania eksperymentalne. Marek spojrzał na niego ze zdziwieniem. Eksperymentalne?

Tak. Widziałem coś podobnego, kiedy przez krótki czas pracowałem w medycynie sądowej. Czasami trafiały do nas ciała ludzi po nielegalnych eksperymentach. Nie chcesz powiedzieć, że ktoś mógł eksperymentować na Zofii?

Adam wzruszył ramionami. Nie wiem. Ale te blizny nie wyglądają na przypadkowe. Ktoś coś robił z jej ciałem.

I raczej nie był to rutynowy zabieg. Marek zadrżał na samą myśl. Skoro tak, to może powinniśmy sprawdzić szpitale albo prywatne kliniki. Może była tam wcześniej.

Adam pokręcił głową. Jeśli to były eksperymenty, wątpię, żeby zostawił jakikolwiek oficjalny ślad. W tym momencie drzwi sali uchyliły się i do środka wszedł Malinowski. Panowie, mam coś — powiedział, unosząc w dłoni telefon.

Marek od razu się ożywił. Co takiego? Malinowski spojrzał na dziewczynkę i westchnął. Ktoś próbował się do niej dostać.

Marek zmarszczył brwi. Kiedy? Dziś w nocy. Ochrona zatrzymała mężczyznę, który twierdził, że jest jej wujkiem, ale nie miał żadnych dokumentów.

Kiedy chcieli go zatrzymać, uciekł. Adam i Marek wymienili spojrzenia. Macie jego rysopis? — zapytał Adam.

Malinowski kiwnął głową. Średniego wzrostu, ciemne włosy, ubrany w czarne ubrania. Marek zamarł. Czy to możliwe, że to ten sam mężczyzna, który popchnął ją pod samochód?

Możliwe. A to oznacza, że ktoś naprawdę chce ją uciszyć. Zapadła napięta cisza. Marek spojrzał na Zofię, a potem na inspektora.

Musimy się dowiedzieć, kim on jest i dlaczego tak bardzo zależy mu na tym, żeby ta dziewczynka nie przeżyła. Marek nie potrafił oderwać wzroku od leżącej w łóżku Zofii. Jej dziecięca twarz była spokojna, ale świadomość, że ktoś próbował się do niej dostać, budziła w nim niepokój. Ktokolwiek to był, nie zamierzał pozwolić, by dziewczynka przeżyła.

Szpital ma monitoring — powiedział w końcu, odwracając się do Malinowskiego. — Możemy sprawdzić, czy ten człowiek nagrał się na kamerach. Już to robimy — odparł inspektor. — Ochrona sprawdza zapis z nocy.

Jeśli mamy szczęście, zobaczymy twarz tego człowieka. Adam wziął głęboki oddech i oparł się o ścianę. To się robi coraz dziwniejsze — mruknął. — Najpierw ktoś ją przetrzymuje przez trzy miesiące, potem wyrzuca na ulicę, gdzie niemal ginie, a teraz ktoś próbuje dostać się do szpitala i ją uciszyć.

Marek ścisnął dłonie w pięści. To oznacza, że wie coś, czego nie powinna. Albo że ktoś boi się, że sobie przypomni. Malinowski spojrzał na niego uważnie.

Możliwe. Pytanie tylko, czego ona nie powinna wiedzieć? Drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wbiegła pielęgniarka. Doktorze Kowalski — powiedziała z przejęciem.

— Ona się budzi. Marek poczuł, jak serce mu przyspiesza. Natychmiast podszedł do łóżka. Zofia poruszyła się lekko, a jej powieki drgnęły, zanim uniosła je delikatnie.

Spojrzała na niego niepewnie, jej oddech był przyspieszony. Hej, spokojnie — powiedział łagodnym tonem. — Jesteś bezpieczna. Dziewczynka spojrzała na niego, ale w jej oczach nie było strachu.

Raczej zamglone niezrozumienie. Gdzie ja jestem? — zapytała słabym głosem. W szpitalu.

Miałaś wypadek, ale już wszystko w porządku — odpowiedział Marek. Zofia zmarszczyła brwi, jakby próbowała coś sobie przypomnieć. Wypadek? Marek wymienił spojrzenie z Malinowskim, który obserwował dziewczynkę z uwagą.

Pamiętasz, co się stało? — zapytał inspektor ostrożnie. Zofia przez chwilę milczała, a potem pokręciła głową. Nie wiem — wyszeptała.

Marek położył dłoń na jej ramieniu. Wszystko w porządku. Nie musisz się spieszyć. Najważniejsze, że jesteś bezpieczna.

Dziewczynka spojrzała na niego, a w jej oczach pojawiło się coś, co sprawiło, że poczuł dziwny ucisk w żołądku. Oni mnie znajdą. To jedno zdanie sprawiło, że cała sala pogrążyła się w ciszy. Oni?

— powtórzył Malinowski. — Kto? Zofia otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale po chwili tylko odwróciła wzrok i zacisnęła powieki. Marek spojrzał na inspektora, który skinął głową.

To wystarczy na razie — powiedział cicho. Zofia była wyczerpana. Choć odzyskała przytomność, widać było, że rozmowa ją męczy. Będę tu, gdybyś czegoś potrzebowała — powiedział Marek, ściskając delikatnie jej dłoń.

Dziewczynka zamknęła oczy. Malinowski spojrzał na Marka z powagą. Wie więcej, niż mówi. Marek kiwnął głową.

I jest przerażona. Adam wziął głęboki oddech. Więc pytanie brzmi: kto chce ją znaleźć i dlaczego? Malinowski zerknął na telefon, który właśnie zawibrował.

Przeczytał wiadomość i jego twarz stężała. Wiemy, kto próbował dostać się do jej sali. I kto to był — zapytał Marek, czując, jak serce zaczyna bić szybciej. Malinowski spojrzał na niego z chłodnym wyrazem twarzy.

Piotr Zieliński. Lekarz. Ale nie pracuje już w żadnym oficjalnym szpitalu. Kilka miesięcy temu jego prywatna klinika została zamknięta.

Marek poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. Klinika jakiego rodzaju? Malinowski westchnął. Podejrzewana o nielegalne eksperymenty medyczne.

Adam zaklął pod nosem. Marek nie mógł uwierzyć w to, co słyszał. Chcesz powiedzieć, że ten człowiek eksperymentował na dzieciach? Nie mamy na to dowodów — odparł inspektor.

— Ale jeśli tak było, to właśnie znaleźliśmy pierwszego podejrzanego. Marek spojrzał przez szybę na śpiącą Zofię. A ona jest pierwszym świadkiem, który może im zagrozić. Piotr Zieliński.

Nazwisko, które nic mu nie mówiło, a jednocześnie budziło niepokój. Zamknięta klinika, podejrzenia o nielegalne eksperymenty, a teraz próba dostania się do dziewczynki. Wszystko wskazywało na to, że historia była znacznie bardziej skomplikowana. Moi ludzie sprawdzają już tego Zielińskiego — powiedział cicho Malinowski.

— Ale jeśli naprawdę prowadził coś nielegalnego, to nie sądzę, żebyśmy znaleźli wiele oficjalnych informacji. Adam, który do tej pory milczał, nagle wciągnął gwałtownie powietrze. Zaczekajcie — powiedział, marszcząc brwi. — Piotr Zieliński?

Czy to nie ten sam lekarz, który kilka lat temu pracował nad terapiami genetycznymi? Marek i Malinowski spojrzeli na niego. Terapie genetyczne? Adam skinął głową.

Tak. Był jednym z tych lekarzy, którzy wierzyli, że można manipulować kodem genetycznym, żeby leczyć choroby, na które do tej pory nie było lekarstwa. Pracował w jednej z prestiżowych klinik, ale potem nagle zniknął. Malinowski spojrzał na niego uważnie.

Masz na to jakieś źródło? Nie wiem, czy znajdziemy coś w oficjalnych dokumentach. Ale pamiętam, że mówiło się o nim w środowisku medycznym. Niektórzy uważali, że jego metody były zbyt ryzykowne.

Marek zacisnął szczękę. A jeśli przeniósł swoje badania do prywatnej kliniki i zaczął eksperymentować na ludziach? Adam pokiwał głową. To miałoby sens.

Jeśli nie mógł prowadzić badań oficjalnie, musiał znaleźć inne sposoby. Malinowski westchnął i potarł skronie. A teraz pytanie brzmi: co to ma wspólnego z Zofią? W tym momencie telefon Malinowskiego zadzwonił.

Inspektor spojrzał na wyświetlacz, wstał i odebrał. Tak. Rozumiem. Zaraz tam będziemy.

Rozłączył się i spojrzał na Marka i Adama. Mamy adres tej kliniki. Jest opuszczona, ale moi ludzie tam jadą. Marek skinął głową.

Dobrze. Ale trzymajcie się z tyłu i nie dotykajcie niczego, dopóki nie sprawdzimy, czy miejsce jest bezpieczne. Marek spojrzał na Zofię, która spała spokojnie, nieświadoma tego, co się działo. Jeśli to miejsce kryje odpowiedzi, musimy je znaleźć.

Klinika znajdowała się na obrzeżach miasta. Budynek był stary, z wybitymi szybami i zardzewiałym szyldem, na którym wciąż można było dostrzec nazwisko Zielińskiego. Marek poczuł dreszcz, gdy wysiadł z samochodu i spojrzał na miejsce, w którym najprawdopodobniej działo się coś, o czym nikt nie powinien wiedzieć. Policjanci już przeszukiwali wnętrze.

Malinowski dał im znak, żeby postępowali ostrożnie. Jeśli Zieliński faktycznie prowadził tu nielegalne badania, to mogą być dowody — powiedział cicho. Marek wszedł do środka. Wnętrze było zapuszczone, ale wciąż można było dostrzec ślady działalności medycznej.

Stojaki na kroplówki, niedokończone notatki na tablicach wiszących na ścianach. Adam podniósł jeden z porzuconych dokumentów. To są schematy procedur medycznych — powiedział, przesuwając palcem po kartce. — Ale nie wyglądają jak zwykłe operacje.

Marek zajrzał mu przez ramię. Na dokumentach znajdowały się wykresy przedstawiające dane o pacjentach. Wiek, płeć, wyniki badań. To wygląda na eksperymenty — powiedział Marek, czując, jak jego żołądek zaciska się z niepokoju.

Malinowski podszedł do nich i zmarszczył brwi. Myślicie, że eksperymentował na dzieciach? Marek nie odpowiedział od razu, ale jego myśli już były w innym miejscu. Zofia Nowak.

Trzy miesiące nieobecności. Blizny na ciele. Jeśli tak, to ona jest jedynym świadkiem. I dlatego ktoś chce ją uciszyć.

Adam przełknął ślinę. Jeśli to prawda, to nie jest już tylko wypadek. To jest coś znacznie większego. Malinowski spojrzał na swoich ludzi, którzy wciąż przeszukiwali kolejne pomieszczenia.

Znajdźcie wszystko, co się da — powiedział twardym tonem. — Musimy wiedzieć, co tu się działo. Marek poczuł nagły chłód. Jeśli to miejsce było powiązane z Zofią, to oznaczało, że dziewczynka była częścią eksperymentu.

A jeśli tak, to może nie była jedyną. Dokumenty, które znaleźli, potwierdzały przypuszczenia. Zieliński prowadził badania nad terapią genetyczną, ale brakowało konkretów. Wyglądało to tak, jakby ktoś usunął kluczowe informacje, zanim opuścił to miejsce.

Malinowski krążył między pomieszczeniami, wydając swoim ludziom polecenia, ale Marek skupił się na jednym. Następnego dnia udał się pod adres rodziny Nowaków. Było to niewielkie mieszkanie w starej kamienicy na obrzeżach miasta. Gdy zapukał do drzwi, przez dłuższą chwilę nikt nie otwierał.

Już miał odejść, gdy w końcu rozległ się dźwięk przekręcanego zamka. Drzwi uchyliły się tylko na tyle, by Marek zobaczył bladą twarz kobiety. Kim pan jest? — zapytała cicho.

Doktor Marek Kowalski. To ja operowałem Zofię po wypadku — powiedział spokojnie. Kobieta wstrzymała oddech, jakby jego słowa były ciosem w brzuch. Po chwili odsunęła się na bok, wpuszczając go do środka.

Mieszkanie było skromne, ale zadbane. Na stole stał niedokończony kubek herbaty, a w powietrzu unosił się zapach spalenizny, jakby ktoś zostawił coś na gazie zbyt długo. Marek usiadł na wskazanym przez kobietę fotelu. Jak ma na imię pani córka?

— zapytał, choć znał odpowiedź. Kobieta spojrzała na niego, a jej dłonie zadrżały. Zofia — wyszeptała. Więc to naprawdę ona — powiedział cicho.

— Znalazłem ją na ulicy. Twarz kobiety pobladła jeszcze bardziej. Wiemy — powiedziała nagle. — Widzieliśmy w wiadomościach.

Dlaczego nie zgłosiliście się do szpitala? Zapadła chwila ciszy. Bo się boimy — powiedział nagle inny głos. Marek spojrzał w stronę korytarza, gdzie stał mężczyzna.

Wysoki, chudy, z cieniami pod oczami. Tomasz Nowak — przedstawił się, podchodząc bliżej. Marek wstał i podał mu dłoń. Boicie się czego?

Tomasz spojrzał na swoją żonę, a potem na Marka. Że wrócą po nią. Marek poczuł, jak serce mu przyspiesza. Kto?

Tomasz usiadł na kanapie, zaciskając dłonie. Kiedy Zofia zniknęła, zaczęliśmy dostawać dziwne telefony. Ktoś mówił, że nasza córka jest wyjątkowa, że powinniśmy się zgodzić na testy, które mogą jej pomóc. Nie rozumieliśmy, o co chodzi.

Marek słuchał w milczeniu. Nie zgodziliśmy się. A kilka dni później Zofia zniknęła. I to nie była nasza decyzja.

I nie powiedzieliście tego policji? — zapytał Marek ostro. Tomasz pokręcił głową. Baliśmy się.

Ci ludzie… wiedzieliśmy, że jeśli pójdziemy na policję, mogą zrobić coś jeszcze gorszego. Marek odchylił się na fotelu. Więc przez trzy miesiące żyliście w strachu.

A teraz, gdy wasza córka się odnalazła, boicie się, że wrócą po nią. Kobieta w końcu nie wytrzymała. Pan tego nie rozumie — wykrzyknęła. — Oni nie są zwykłymi ludźmi.

Mają pieniądze, kontakty. Jeśli zechcą, mogą sprawić, że Zofia zniknie na zawsze. Tomasz spojrzał na nią, a potem na Marka. Myśli pan, że to takie proste?

Marek wstał i spojrzał na nich z determinacją. Jeśli ktoś naprawdę eksperymentował na waszej córce, to musimy to udowodnić. Tomasz spojrzał na swoją żonę, a potem westchnął ciężko. Jest coś jeszcze.

Marek spojrzał na niego pytająco. Zostawili wiadomość. Tomasz sięgnął do szuflady i wyjął małą kartkę. Marek wziął ją do rąk i przeczytał na głos.

Zapomnijcie o niej. To nie jest wasza córka. Poczuł, jak przechodzi go zimny dreszcz. Co do diabła to miało znaczyć?

Marek patrzył na kartkę, czując, jak po plecach przechodzi mu dreszcz. To nie jest wasza córka. Zdanie było proste, a jednak budziło więcej pytań, niż dawało odpowiedzi. Tomasz i jego żona patrzyli na niego z niepokojem, jakby oczekiwali, że lekarz jakoś im wyjaśni, co to wszystko znaczy.

Ale on sam nie miał pojęcia. Kiedy to dostaliście? — zapytał w końcu. Tomasz spojrzał na swoją żonę, jakby wahając się, czy mówić.

W końcu westchnął i odpowiedział. Dwa dni temu. Ktoś wrzucił ją do naszej skrzynki na listy. Marek przełknął ślinę.

Ktoś wiedział, że Zofia wróciła. Ewa zacisnęła dłonie na kolanach, drżąc. Przez trzy miesiące żyliśmy w piekle. A teraz, kiedy ją odnaleźliśmy, ktoś chce nam wmówić, że to nie jest nasze dziecko.

Marek odłożył kartkę na stół i spojrzał na nich z powagą. Czy zauważyliście w niej coś innego? Coś, co mogłoby potwierdzać albo zaprzeczać temu, co napisano w tej wiadomości? Ewa spuściła wzrok.

Wydaje się cichsza — powiedziała. — Ale to może być szok — dodał szybko Tomasz. — Przeszła przez coś strasznego. Marek pokiwał głową.

Może. Ale musimy to sprawdzić. Kiedy wrócił do szpitala, Zofia siedziała już na łóżku, choć nadal wyglądała na zmęczoną. Jej spojrzenie było puste, jakby myślami znajdowała się zupełnie gdzie indziej.

Jak się czujesz? — zapytał, siadając obok. Dziewczynka wzruszyła ramionami. Dobrze — powiedziała cicho.

Marek przez chwilę przyglądał się jej twarzy. Twoi rodzice bardzo się o ciebie martwią. Wzrok Zofii drgnął, ale nic nie powiedziała. Pamiętasz coś z ostatnich trzech miesięcy?

Przez moment panowała cisza. Potem Zofia potrząsnęła głową. Nie. Marek czuł, że kłamie.

A czy pamiętasz dzień, w którym cię znaleziono? Tym razem zawahała się dłużej. Trochę. Co się wtedy stało?

Zofia spojrzała na niego i nagle jej oczy wypełnił strach. Muszę wrócić — wyszeptała. Marek zmarszczył brwi. Wrócić dokąd?

Dziewczynka nagle chwyciła go za rękę. Oni mnie znajdą. Muszę wrócić. Marek poczuł, jak lodowaty dreszcz przechodzi mu po plecach.

Kto ci to powiedział? Zofia otworzyła usta, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, rozległ się hałas na korytarzu. Drzwi sali otworzyły się z impetem, a do środka wszedł policjant. Doktorze Kowalski, policja.

Marek zerwał się na równe nogi i wybiegł na korytarz. Widok, który go tam czekał, sprawił, że serce podeszło mu do gardła. Dwóch policjantów prowadziło skutego kajdankami Piotra Zielińskiego. Jego twarz była nieruchoma, pozbawiona emocji, ale oczy świdrowały Marka, jakby go prześwietlały.

To pan jest Kowalski, prawda? — zapytał cicho, gdy mijali. Marek nie odpowiedział, ale Zieliński uśmiechnął się lekko. Jest pan ciekawy, co się z nią działo?

Marek zacisnął szczękę. Co pan jej zrobił? Zieliński przechylił głowę, jakby Marek zadał śmieszne pytanie. Nic, czego nie planowaliśmy od początku.

Malinowski podszedł do nich i złapał Zielińskiego za ramię. Ruszamy. Zanim jednak wyprowadzili go z budynku, Zieliński rzucił jeszcze jedno zdanie. Proszę ją dobrze obserwować, doktorze.

Czasem to, co wraca, nie jest tym samym, co zniknęło. Potem odszedł, zostawiając Marka z milionem pytań i jednym przerażającym uczuciem, że wciąż nie znał prawdy. Marek stał na środku szpitalnego korytarza, a słowa Piotra Zielińskiego odbijały się echem w jego myślach. Czasem to, co wraca, nie jest tym samym, co zniknęło.

Co miał na myśli? Czy to tylko próba manipulacji, czy rzeczywiście kryło się za tym coś więcej? Malinowski podszedł do niego, przyglądając mu się uważnie. W porządku?

Marek oderwał wzrok od drzwi, przez które wyprowadzono Zielińskiego. Nie wiem. Inspektor westchnął i potarł kark. To jeszcze nie koniec.

Co udało się ustalić? Malinowski spojrzał na niego z powagą. Zieliński nie działał sam. Była grupa ludzi finansujących jego badania.

Wiemy, że klinika była tylko jednym z miejsc, gdzie prowadzili swoje eksperymenty. Marek poczuł, jak po plecach przechodzi mu zimny dreszcz. Inne miejsca? Tak.

Malinowski ścisnął dłoń w pięść. Znaleźliśmy zapisy, które wskazują na jeszcze jedno laboratorium. Zamknięte kilka miesięcy temu, tuż przed zaginięciem Zofii. Marek z trudem przełknął ślinę.

Co tam robili? Inspektor przez chwilę milczał, jakby ważył każde słowo. Wszystko wskazuje na to, że testowali terapie genetyczne. Ale…

zawahał się. Testowali je na dzieciach. Marek zamknął oczy na sekundę, próbując przetrawić te informacje. Zofia była jedną z nich?

Wszystko na to wskazuje. Cisza, która między nimi zapadła, była ciężka jak ołów. Jeśli to prawda… — zaczął Marek, ale Malinowski przerwał mu ruchem ręki.

Jest jeszcze coś. Lekarz spojrzał na niego pytająco. Co takiego? Inspektor zawahał się, a potem sięgnął do kieszeni i wyjął telefon.

Otworzył zdjęcie i podał je Markowi. To dokument, który znaleźliśmy w klinice. Marek spojrzał na ekran. Na zdjęciu widniała kartka z tabelą.

W jednej z kolumn były nazwiska. Szybko przeleciał wzrokiem po liście i wtedy zobaczył: Zofia Nowak. Ale nie tylko jej imię go zszokowało. Obok niego, w kolumnie status, widniało jedno słowo: eksperyment zakończony.

Marek poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. Co to ma znaczyć? Malinowski pokręcił głową. Tego właśnie nie wiemy.

Marek oddał mu telefon i wziął głęboki oddech. Muszę ją zbadać. Wszedł do sali, w której leżała Zofia. Dziewczynka siedziała na łóżku, bawiąc się rąbkiem pościeli.

Gdy zobaczyła Marka, podniosła wzrok. Dzień dobry, panie doktorze — powiedziała cicho. Cześć. Jak się czujesz?

Dobrze. Marek przez chwilę się jej przyglądał. Zosiu, chciałbym cię zbadać. Dziewczynka zmarszczyła brwi.

Po co? Chcę się upewnić, że wszystko z tobą w porządku. Zofia wyglądała, jakby się wahała, ale w końcu skinęła głową. Marek sięgnął po stetoskop i zaczął badanie.

Serce biło miarowo, oddech był stabilny. Wszystko wydawało się w normie. Ale gdy przesunął dłonią po jej ramieniu, zamarł. Co to?

Pod skórą Zofii, na ramieniu, było coś twardego. Dziewczynka zesztywniała. Marek spojrzał na nią. Zosiu, co to jest?

Dziewczynka odwróciła wzrok. Nie wiem. Marek wziął głęboki oddech i sięgnął po latarkę. Pozwól mi to zobaczyć.

Dobrze. Zofia niechętnie podwinęła rękaw. Marek skierował światło na skórę i wtedy zobaczył cienką, prawie niewidoczną bliznę. To nie była zwykła blizna.

Była równa, perfekcyjna i biegła wzdłuż miejsca, gdzie pod skórą znajdował się obcy obiekt. Marek poczuł, jak serce mu przyspiesza. Zosiu, powiedz mi, co to jest. Dziewczynka spuściła wzrok.

Nie wiem. Marek spojrzał na nią uważnie. Powiesz mi prawdę, prawda? Zofia uniosła na niego wzrok i wtedy Marek zobaczył coś, czego się nie spodziewał.

Na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Ale to nie był uśmiech dziecka. To był uśmiech kogoś, kto wiedział znacznie więcej, niż mówił. I w tej jednej chwili Marek zrozumiał, że to, co wróciło, naprawdę mogło nie być tym, co zniknęło.

Marek czuł, jak jego serce zaczyna bić szybciej. Spojrzał na Zofię, a jej delikatny uśmiech powoli znikał, jakby dziewczynka nagle zrozumiała, że powiedziała za dużo. W sali panowała cisza, ale napięcie było wyczuwalne. Musisz mi powiedzieć prawdę.

Dziewczynka odwróciła wzrok. Ja nie wiem — szepnęła. Marek spojrzał na jej ramię, na bliznę, pod którą wyczuł twardy, obcy obiekt. To nie była normalna operacja.

Ktoś celowo coś w niej umieścił. Czy ktoś ci mówił, co ci zrobili? Zofia przez chwilę milczała, przygryzając wargę, jakby nie była pewna, czy powinna mówić dalej. Mówili, że będę wyjątkowa.

Że już nie będę taka jak inne dzieci. Marek poczuł, jak przechodzi go zimny dreszcz. Kto tak mówił? Zofia wzięła głęboki oddech, jakby zbierając odwagę.

Doktor Zieliński. Marek zamknął oczy na sekundę. A więc to była prawda. Zieliński i jego ludzie przeprowadzali na niej eksperymenty.

Ale co dokładnie jej zrobili? Zosiu — powiedział, starając się zachować spokój. — Czy pamiętasz coś jeszcze? Dziewczynka przez chwilę się wahała, a potem skinęła głową.

Było tam inne dziecko. Chłopiec. Ale któregoś dnia go zabrali. Marek poczuł ucisk w żołądku.

Zabrali? Co masz na myśli? Po prostu przestał być. To jedno zdanie sprawiło, że Marek wiedział już, że musi działać.

Wyszedł z sali i niemal natychmiast znalazł Malinowskiego, który rozmawiał z jednym z policjantów. Coś się stało? — zapytał, widząc wyraz twarzy lekarza. Musimy zrobić jej badania.

Teraz — powiedział Marek stanowczo. Inspektor zmarszczył brwi. Coś znalazłeś? Tak.

Coś jej wszczepili. Malinowski spojrzał na niego z niedowierzaniem. Mówisz poważnie? Nigdy nie byłem bardziej pewny.

Inspektor zaklął cicho pod nosem. Dobra. Jeśli masz rację, to sprawa robi się jeszcze poważniejsza. W szpitalu Adam zapytał, co się dzieje, widząc napięcie Marka.

Musimy zrobić jej tomografię — powiedział Marek, prowadząc go na oddział. Wkrótce Zofia leżała już w urządzeniu do rezonansu magnetycznego. Marek wpatrywał się w ekran, na którym pojawiały się kolejne obrazy jej ciała. I wtedy to zobaczył.

Niewielki implant umieszczony głęboko w tkance ramienia. Marek poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. Co to do cholery jest? — zapytał Adam.

Ale Marek już wiedział. To nie była zwykła operacja. To był eksperyment. A Zofia była jego wynikiem.

Marek nie odrywał wzroku od ekranu monitora. Obraz rezonansu magnetycznego był jasny. W tkance ramienia Zofii znajdował się niewielki obiekt, idealnie symetryczny, jakby został tam umieszczony celowo. To nie była blizna po operacji, nie była to przypadkowa narośl ani pozostałość po jakimkolwiek naturalnym procesie.

To było coś sztucznego. Coś, co nie powinno się tam znajdować. Adam stał obok niego z dłonią na karku, próbując przetrawić to, co właśnie zobaczyli. To jest jakiś implant — zapytał, choć obaj znali już odpowiedź.

Marek zacisnął szczękę. Tak. Ale po co? To było pytanie, które paliło go od środka.

Nie wiem — odpowiedział cicho. — Ale dowiem się. Malinowski zjawił się kilkanaście minut później, po tym jak Marek poinformował go o wyniku badania. Inspektor nie wyglądał na zaskoczonego.

Spodziewałem się tego — powiedział, patrząc na ekran, na którym wciąż wyraźnie widać było obcy obiekt w ramieniu dziewczynki. Spodziewał się pan? — zapytał Marek ostro. — Dlaczego?

Malinowski westchnął. Bo to pasuje do wszystkiego, czego się dowiedzieliśmy. Zieliński i jego zespół nie tylko testowali terapie genetyczne, ale również prowadzili badania nad nowymi metodami kontroli biologicznej. Marek poczuł zimny dreszcz na plecach.

Kontroli biologicznej? Malinowski spojrzał na niego uważnie. Nie mamy jeszcze wszystkich informacji. Ale wygląda na to, że próbowali stworzyć coś więcej niż tylko ulepszone metody leczenia.

Jeśli implant, który znaleźliśmy, jest częścią ich eksperymentów, może służyć do monitorowania jej funkcji życiowych. A może do czegoś znacznie gorszego. Marek odwrócił wzrok. Więc co teraz?

Malinowski zamyślił się. Musimy przeanalizować implant. Tylko że to ryzykowne. Nie wiemy, co się stanie, jeśli go usuniemy.

Marek spojrzał na Zofię przez szybę. Dziewczynka siedziała na łóżku, rysując coś na kartce papieru. Wyglądała jak zwykłe dziecko. A jednak wszystko wskazywało na to, że ktoś próbował zrobić z niej coś innego.

Nie może zostać z tym w ciele — powiedział cicho. Malinowski przytaknął. Zorganizujemy specjalistów. Ale jeśli ktoś jeszcze jest zainteresowany tym, co znajduje się w jej ciele, możemy mieć problem.

Marek wiedział, co inspektor miał na myśli. Ludzie Zielińskiego nadal byli na wolności. To, że sam doktor został zatrzymany, nie oznaczało, że sprawa była zamknięta. Musimy się spieszyć — powiedział Adam, który do tej pory milczał.

— Jeśli oni wiedzą, że implant nadal działa, mogą próbować go odzyskać. Marek czuł, jak narasta w nim gniew. Nie pozwolę na to. Operacja odbyła się w nocy, w pełnej tajemnicy.

Tylko wybrany personel miał do niej dostęp, a oddział był pod specjalnym nadzorem policyjnym. Zofia była spokojna, jakby wiedziała, że to musiało się wydarzyć. Marek przeprowadzał zabieg sam. Czuł, że to jego obowiązek.

Gdy skalpel przeciął skórę, ujawnił coś, co przyprawiło go o dreszcz. Implant był połączony z drobnymi włóknami nerwowymi. To nie jest zwykły nadajnik — powiedział, spoglądając na Adama. To wygląda, jakby było częścią jej organizmu — wyszeptał Adam.

Marek skupił się na precyzyjnym usunięciu obiektu. Każdy ruch był ryzykiem, ale po kilku minutach udało mu się oddzielić implant i wyjąć go w całości. Był mały, metaliczny, ale pulsował. Marek spojrzał na niego i nagle poczuł niepokój.

Musimy się tego natychmiast pozbyć — powiedział stanowczo. Następnego dnia Zofia obudziła się, jakby lżejsza. Spojrzała na Marka i uśmiechnęła się delikatnie. Jestem wolna?

— zapytała. Marek poczuł, jak coś ściska go w gardle. Tak, Zosiu. Dziewczynka zamknęła oczy, jakby po raz pierwszy od dawna mogła odpocząć.

Tymczasem Malinowski stał obok niego, trzymając implant. Zniszczymy to — powiedział cicho. Marek spojrzał na niego. A co, jeśli to nie koniec?

Malinowski przygryzł wargę. Może nie. Ale przynajmniej dzisiaj wygraliśmy. Marek spojrzał jeszcze raz na Zofię.

Dzisiaj tak. Ale jutro? Tego nie mógł być pewien. Nie mógł przestać myśleć o jednym.

Jeśli Zofia była częścią tego wszystkiego, to jej rodzice musieli coś wiedzieć. Wieczorem Marek siedział w swoim mieszkaniu, próbując zebrać myśli. Lena przyglądała mu się z troską, ale nie naciskała. Znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że musiał wszystko przetrawić samodzielnie, zanim będzie w stanie o tym mówić.

Zamierzasz się z nimi skontaktować? — zapytała w końcu. Marek uniósł wzrok znad notatek, które zrobił w klinice. Tak.

Jeśli ktokolwiek wie, co działo się z Zofią przez te trzy miesiące, to właśnie oni. Lena przygryzła wargę. A jeśli ukrywają prawdę? Marek zawahał się.

Wtedy będziemy wiedzieć, że jest coś jeszcze.