Zima w Warszawie daje się we znaki, ale w restauracji pana Zbigniewa zawsze jest ciepło. Właśnie tam usłyszałem szept, który zmroził mi krew w żyłach. „Widziałem, jak ktoś dodał coś do jedzenia na…

Tomasz nacisnął klamkę i wszedł do środka. Ciepło uderzyło go natychmiast, mieszając się z zapachem rosołu i świeżego chleba. Restauracja pana Zbigniewa była jednym z nielicznych miejsc w Warszawie, gdzie można było dostać ciepły posiłek bez pytania o pieniądze. Właściciel, znany z dobroci, nie pozwalał nikomu odejść głodnym.

Thumbnail

Tomasz skinął mu z wdzięcznością i usiadł przy jednym ze stolików, czekając na jedzenie. W tym samym czasie drzwi otworzyły się ponownie. Do środka wpadł chłopiec. Był wychudzony, a jego ubranie wyglądało na za duże, jakby kupione dla kogoś znacznie większego.

Przez chwilę stał w progu, rozglądając się nerwowo, po czym podszedł do ich stolika. Mówił cicho, ale jego głos był wyraźny. – Widziałem, jak ktoś dodał coś do jedzenia na zapleczu – wyszeptał. Zbigniew wciągnął powietrze i spojrzał w stronę kuchni.

Tomasz poczuł, jak jego mięśnie napinają się instynktownie. Cokolwiek tu się działo, nie było przypadkowe. – Kiedy to widziałeś? – zapytał Tomasz, starając się mówić spokojnie.

Chłopiec przełknął ślinę. Miał brudne ręce, a pod paznokciami zaschłą ziemię. Wyglądał, jakby od tygodni nie miał dostępu do kąpieli. Tomasz wpatrywał się w niego przez chwilę.

Czy można było mu wierzyć? Może był tylko przestraszonym dzieckiem, które nie do końca rozumiało, co widziało. A może właśnie ta scena, którą opisał, była kluczem do czegoś znacznie poważniejszego. – Kilka minut temu – odpowiedział chłopiec, wskazując w stronę kuchni.

– Mężczyzna w ciemnej kurtce. Wszedł tam i coś dosypał do garnka. Zanim Tomasz zdążył zareagować, drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem. Do środka wszedł wysoki mężczyzna w znoszonym płaszczu.

Przez ułamek sekundy jego wzrok spoczął na chłopcu, po czym odwrócił się i natychmiast ruszył w stronę wyjścia. Zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, zniknął w śnieżnej zawierusze za drzwiami. – To on – wyszeptał chłopiec, cofając się o krok. Tomasz zerwał się z krzesła, ale gdy dotarł do drzwi, na zewnątrz był już tylko tłum przechodniów i topniejący na chodnikach śnieg.

Setki twarzy mieszały się ze sobą, a mężczyzna w ciemnej kurtce rozpłynął się wśród nich. – Zniknął – powiedział Zbigniew, stając za nim. – Kto to był? – Robert – powiedział cicho chłopiec, spuszczając wzrok.

Tomasz odwrócił się do niego. – Znacie go? Chłopiec skinął głową, ale nie podnosił wzroku. – Widziałem go już wcześniej.

Kilka razy. Zawsze kręcił się koło restauracji, ale nigdy nie jadł. Tylko patrzył. Zbigniew podszedł do kuchni i zajrzał na zaplecze.

– Tutaj coś jest – zawołał. Na blacie stał garnek z resztkami zupy. Obok leżała szklanka z niedopitą wodą. Tomasz podniósł ją do światła i zauważył na dnie biały osad.

Zawahał się przez moment, po czym ostrożnie nalał do niej odrobinę czystej wody i zamieszał. – Muszę to sprawdzić – powiedział. – Chodź – rzucił Zbigniew. – Znam kogoś, kto może nam pomóc.

Godzinę później stali w warsztacie Artura, byłego chemika, który po przejściu na emeryturę otworzył małe laboratorium analityczne. Artur przyjął ich z wyraźnym zaciekawieniem, a gdy zobaczył szklankę z osadem, uniósł brwi. – Zatrucie? – zapytał.

– Mamy podejrzenie, że ktoś mógł coś dodać do jedzenia w restauracji – wyjaśnił Tomasz. – Potrzebuję, żebyś to sprawdził. Artur skinął głową i przeszedł do blatu, na którym stały probówki i odczynniki. Przez kilka minut pracował w skupieniu, dodając kolejne substancje do próbki.

W końcu podniósł wzrok. Jego twarz była poważna. – Masz szczęście, że tego nie wypiłeś – powiedział. – To trucizna.

Wolno działająca, ale śmiertelna. W dużych ilościach może zabić w ciągu kilku godzin, w mniejszych – uszkodzić narządy wewnętrzne bez ostrzeżenia. Tomasz poczuł, jak coś ściska go w żołądku. A więc chłopak mówił prawdę.

– Jeśli ktoś to zrobił celowo – dodał Artur – to masz poważny problem. Tomasz nie miał co do tego wątpliwości. Kiedy wrócili do restauracji, chłopiec wciąż tam był. Siedział przy stoliku, ściskając kubek z gorącą herbatą, jakby bał się, że ktoś mu go odbierze.

– Jak masz na imię? – zapytał Tomasz, siadając naprzeciwko. – Jakub – odpowiedział chłopiec. – Jakub – powtórzył Tomasz.

– Musisz mi powiedzieć wszystko, co wiesz o Robercie. Od początku. Jakub spuścił wzrok, jakby bał się wypowiedzieć to na głos. W końcu zaczął mówić.

Mówił o tym, że od kilku tygodni obserwował, jak Robert spotyka się z różnymi ludźmi w okolicy. Zawsze ci sami ludzie, zawsze w tych samych miejscach – przed zamkniętymi sklepami, na tyłach pustych magazynów, w bramach. Czasem coś przekazywali, czasem tylko rozmawiali. Ale zawsze rozglądali się wokół, jakby bali się, że ktoś ich usłyszy.

– Wiedziałem, że to nie wróży niczego dobrego – powiedział Jakub. – Ale nie sądziłem, że posuną się tak daleko. Nie wiedziałem, że będą chcieli kogoś otruć. Tomasz wymienił spojrzenia ze Zbigniewem.

To nie było zwykłe przestępstwo. To była zaplanowana akcja, a jeśli wierzyć słowom chłopca, Robert nie działał sam. Ktoś nim kierował. – Potrzebujemy więcej informacji – powiedział Tomasz, wstając.

– Co zamierzasz zrobić? – zapytał Zbigniew. – Muszę się dowiedzieć, kto stoi za tym wszystkim. Zanim ktoś naprawdę zginie.

Tej nocy ulice Woli były wyludnione. Jedyne dźwięki dochodziły z głównej trasy, kilka przecznic dalej, gdzie samochody mijały się w pośpiechu. Tomasz i Jakub odeszli od restauracji w stronę opuszczonego magazynu, który chłopiec wskazał wcześniej. Budynek wyglądał na dawno zapomniany, z powybijanymi oknami i pękającą elewacją.

Drzwi wejściowe były uchylone, a zza nich sączyła się ciemność. – To tutaj – wyszeptał Jakub. Weszli do środka. W środku panowała cisza przerywana jedynie odległymi kroplami wody skapującej z przeciekającego dachu.

Tomasz przesuwał się ostrożnie między skrzyniami i starymi regałami, starając się stąpać jak najciszej. W końcu go zobaczył. Mężczyzna siedział na przewróconej palecie, paląc papierosa. Był ubrany w ciemną kurtkę, a jego twarz była częściowo ukryta w cieniu.

– Grzegorz – wyszeptał Jakub. Tomasz zrobił krok do przodu. – Hej. Mężczyzna uniósł głowę i od razu zesztywniał.

– Kim jesteś? – Nieważne. Chcę tylko porozmawiać. Grzegorz wstał i zgasił papierosa o betonową kolumnę.

– Nie mam ci nic do powiedzenia. – Myślę, że masz – powiedział Tomasz, nie spuszczając z niego wzroku. – Widziano cię w restauracji. Wiem, że macie coś wspólnego z otruciem jedzenia.

Wiem też, że nie działasz sam. Grzegorz zaśmiał się, ale w jego oczach nie było wesołości. – Nie masz pojęcia, w co się mieszasz. – Więc mi wytłumacz.

Przez chwilę mężczyzna mierzył go wzrokiem. W końcu westchnął ciężko, jakby podejmował wewnętrzną decyzję. – To nie ja wybieram cele. Dostaję zlecenia.

Z góry. – Od kogo? Grzegorz pokręcił głową. – Nie mogę ci powiedzieć.

Jeśli się dowiedzą, że z kimś rozmawiałem… zrobią to samo, co z Robertem. A może gorzej. – Roberta już nie ma – powiedział Tomasz.

– Zniknął. I nikt nie wie, gdzie jest. Grzegorz spojrzał na niego uważnie. W jego oczach pojawił się cień strachu, który starał się ukryć.

– To nie wróży dobrze. – Powiedz mi, kto za tym stoi – naciskał Tomasz. – Kto rozkazuje zamykać miejsca takie jak restauracja Zbigniewa? Kto chce, żeby ludzie zostali bez pomocy?

Grzegorz milczał przez długą chwilę. W końcu otworzył usta, ale zamiast odpowiedzi, zza jego pleców dobiegł cichy szelest. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, rozległ się głuchy huk, a Grzegorz zachwiał się i upadł na ziemię. W cieniu, w miejscu, gdzie przed chwilą stał, pojawiła się postać w ciemnym płaszczu.

W dłoni trzymała pistolet. – Zawsze to samo – wyszeptał mężczyzna. – Ludzie myślą, że mogą rozmawiać. Tomasz rzucił się w bok, chwytając Jakuba za ramię i ciągnąc go w dół.

Pocisk przeleciał im nad głowami, uderzając w ścianę za nimi. Kolejny huk, tym razem bliżej. Tomasz wybiegł z magazynu, ciągnąc chłopca za sobą, a w uszach dudniły mu kroki prześladowcy. Śnieg skrzypiał im pod nogami, gdy biegli w dół ulicy, w stronę świateł miasta.

– Nie odpuszcza – wysapał Jakub. – Wiem. Biegnij! Dotarli do głównej ulicy, gdzie kilka samochodów stało na czerwonym świetle.

Tomasz wbiegł na jezdnię, wymachując rękami, i jedno z aut zatrzymało się z piskiem opon. Kierowca opuścił szybę, żeby zakląć, ale Tomasz nie zwrócił na niego uwagi. Obejrzał się przez ramię. Postać w ciemnym płaszczu stała na rogu, patrząc za nimi.

Po chwili odwróciła się i zniknęła w bocznej uliczce. – Chodź – powiedział Tomasz do Jakuba, łapiąc oddech. – Musimy stąd zniknąć. Godzinę później wracali do restauracji okrężną drogą.

Tomasz cały czas rozglądał się wokół, ale nikogo nie zauważył. Kiedy weszli do środka, Zbigniew czekał na nich przy kontuarze. Na widok ich zdyszanych min, jego twarz ściągnęła się w surowym wyrazie. – Co się stało?

– Byliśmy blisko – powiedział Tomasz. – Znalazłem kogoś, kto wiedział o sprawie. Ale ktoś go zastrzelił, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Zbigniew zaklął pod nosem.

– Ktoś gra z nami w kotka i myszkę. – To coś więcej – powiedział Tomasz, siadając przy stole. – Grzegorz wspomniał o zleceniach z góry. O ludziach, którzy realizują rozkazy, nie zadając pytań.

To nie jest jeden człowiek, Zbyszek. To cała sieć. – Co robimy? Tomasz spojrzał na niego.

– Potrzebuję tego nagrania. Zbigniew uniósł brwi. – Jakiego nagrania? – Z twojej restauracji.

Kamery, które masz nad wejściem. Jeśli Robert faktycznie coś dosypywał do jedzenia, musi być na nagraniu. A jeśli mamy szczęście, jest na nim też ktoś, kto mu za to płacił. Zbigniew skinął głową i podszedł do biurka.

Po chwili wyciągnął z szuflady pendrive. – Masz rację. Nagrania przechowuję na dysku, ale kopia jest tutaj. Bierz.

Tomasz wziął pendrive i schował go do kieszeni. – Jest jeszcze coś. Potrzebuję, żebyś skontaktował się z Gajewskim. – Z komisarzem?

– Zbigniew zmarszczył czoło. – Od kiedy ufasz glinom? – Od kiedy zrozumiałem, że nie poradzimy sobie z tym sami. Ktoś otruwa ludzi w twojej restauracji, ktoś zabija świadków, a my wciąż nie wiemy, kto za tym stoi.

Potrzebuję kogoś z odwagą, żeby stanąć przeciwko temu. Zbigniew długo patrzył na niego, po czym westchnął. – Dobrze. Ale jeśli cię zawiedzie, sam się tym zajmę.

Tomasz skinął głową i wyciągnął telefon. Gajewski odebrał po trzecim sygnale. – Mamy problem – powiedział Tomasz. – I potrzebuję twojej pomocy.

Komisarz Gajewski przyjął ich w swoim biurze na jednym z najwyższych pięter wieżowca w centrum Warszawy. Był wysokim, pewnym siebie mężczyzną w idealnie skrojonym garniturze. Wysłuchał ich spokojnie, a gdy Tomasz skończył, odchylił się w fotelu. – Robert Walczak – powiedział cicho.

– To nazwisko nie jest mi obce. – Znasz go? – zapytał Tomasz. – Znam ludzi, którzy go zatrudniają.

– Gajewski wstał i podszedł do okna. – Od miesięcy przyglądamy się pewnej grupie. Ludzie, którzy realizują rozkazy bez zadawania pytań. Sabotażyści, którzy zamykają lokale charytatywne, rozpuszczają plotki i doprowadzają do upadku kolejne miejsca.

Ale zawsze działają z cienia. Nigdy nie udało nam się nikogo do tego przypisać. – Grzegorz mówił o zleceniach z góry – wtrącił Tomasz. – Jeśli uda nam się znaleźć choć jednego z nich i przekonać do rozmowy, możemy zdobyć wszystko, czego potrzebujemy.

Gajewski odwrócił się i spojrzał na niego uważnie. – To, co mówisz, jest bardzo niebezpieczne. Jeśli ci ludzie dowiedzą się, że rozmawialiście z kimś z ich sieci, zrobią wszystko, żeby was powstrzymać. – Już próbowali nas zabić – powiedział Tomasz.

– Dwukrotnie. Komisarz milczał przez chwilę, po czym skinął głową. – Dam wam nazwisko. Kontakt, który pracuje dla nich.

Ale jeśli się dowie, że to ja was wysłałem, wyprę się tego. – W porządku. Gajewski podszedł do biurka i zapisał coś na kartce. – Jego imię to Maks.

Spotyka się z ludźmi Walczaka w barze na Pradze. Jeśli ktokolwiek wie, co się dzieje, to on. Tomasz wziął kartkę. – Dziękuję.

– Tylko uważaj – dodał Gajewski. – Ci ludzie nie odpuszczają. Zrobią wszystko, żeby chronić swoje interesy. Jeśli masz zamiar to zrobić, rób to szybko.

Zanim zrobią to oni. Wyszli z biura i skierowali się do windy. Tomasz spojrzał na kartkę z nazwiskiem. Maks.

Jedno imię. Jeden trop. I mnóstwo pytań bez odpowiedzi. – Co teraz?

– zapytał Jakub, który czekał na nich w holu. – Teraz – powiedział Tomasz – odwiedzimy bar na Pradze. Bar na Pradze znajdował się w piwnicy jednej z przedwojennych kamienic. W środku było duszno i ciemno, a powietrze gęstniało od dymu papierosowego.

Tomasz rozejrzał się po sali, zanim dostrzegł mężczyznę siedzącego samotnie przy stoliku w rogu. Maks był szczupły, z kilkudniowym zarostem i spojrzeniem człowieka, który widział już zbyt wiele. – Siadaj – powiedział mężczyzna, nie podnosząc wzroku znad szklanki z piwem. Tomasz usiadł naprzeciwko.

– Wiesz, po co przyszedłem? – Domyślam się. – Maks spojrzał na niego. – Gajewski dzwonił.

Mówił, że szukasz informacji o Walczaku. – Potrzebuję czegoś, co pozwoli mi go powstrzymać. Gdzie go znajdę? Maks uśmiechnął się bez wesołości.

– Nie znajdziesz go. Nikt go nie widuje, dopóki on sam nie chce, żeby go widziano. Ale wiem, kto z nim współpracuje. Nazywa się Szulc.

Były żołnierz, teraz zajmuje się brudną robotą. Jeśli ktoś zlecił otrucie w waszej restauracji, to on. – Gdzie go znajdę? Maks dopił piwo i postawił szklankę na stole.

– Jutro wieczorem ma spotkanie w magazynie przy ulicy Ząbkowskiej. Ale jeśli chcesz moją radę – dodał, patrząc mu prosto w oczy – nie idź tam sam. Tomasz skinął głową. – Dziękuję.

– Nie dziękuj – powiedział Maks, wstając. – Po prostu bądź ostrożny. Szulc nie jest człowiekiem, z którym można wygrać w konfrontacji. Jeśli dasz mu szansę, zrobi to, co robi najlepiej.

Znikniesz, zanim zdążysz się zorientować. Następnego wieczoru Tomasz stał przed magazynem przy ulicy Ząbkowskiej. Powietrze było mroźne, a śnieg skrzypiał pod jego butami. Obok niego stał Zbigniew, a za nimi Jakub, który uparł się, żeby iść z nimi.

– Jesteś pewien, że chcesz to zrobić? – zapytał Zbigniew. – Nie mamy wyboru – odpowiedział Tomasz. – Jeśli oni kontrolują wszystko, to musimy ich powstrzymać.

Weszli do środka. Wewnątrz panowała cisza, przerywana jedynie odległymi odgłosami miasta. Przesuwali się ostrożnie między skrzyniami i starymi beczkami, aż w końcu Tomasz go zobaczył. Mężczyzna stał przy jednym ze stolików, tyłem do nich.

Miał na sobie ciemną kurtkę, a jego postawa zdradzała napięcie. – Szulc? – zapytał Tomasz. Mężczyzna odwrócił się powoli.

Był wysoki, barczysty, z blizną przecinającą prawy policzek. Przez chwilę patrzył na nich z nieodgadnionym wyrazem twarzy, po czym uśmiechnął się. – I myślałeś, że po prostu tu przyjdę? – powiedział.

– Że dam się tak łatwo złapać? Zanim Tomasz zdążył zareagować, wokół nich rozległ się tupot nóg. Z ciemności wyszło kilku mężczyzn, uzbrojonych w pałki i kije. Zanim Tomasz zdążył się cofnąć, pierwszy cios trafił go w ramię.

Próbował się bronić, ale było ich zbyt wielu. Poczuł, jak ktoś chwyta go za kark i przygniata do ziemi. – Zatrzymajcie się! – krzyknął nagle Zbigniew.

Wszyscy odwrócili się w jego stronę. Restaurator stał wyprostowany, a w dłoni trzymał mały rejestrator głosu. – Całą tę rozmowę – powiedział spokojnie – nagrywam. I już wysłałem kopię do mojego adwokata.

Jeśli nie pojawię się u niego w ciągu godziny, on otworzy kopertę i przekaże ją policji. Szulc zamarł. Przez długą chwilę mierzyli się wzrokiem. W końcu mężczyzna w ciemnej kurtce uśmiechnął się krzywo.

– Sprytnie – powiedział. – Ale to i tak niczego nie zmienia. Jesteście trupami, wszyscy. – Może – powiedział Tomasz, podnosząc się z ziemi.

– Ale ty pójdziesz z nami. Kiedy usłyszeli syreny na zewnątrz, Szulc skrzywił się. – Ty to wszystko zaplanowałeś. – Oczywiście – powiedział Tomasz, ocierając krew z ust.

– Musiałem tylko sprawić, żebyś poczuł się bezpiecznie. Gdy drzwi magazynu otworzyły się i do środka wkroczyli policjanci z Gajewskim na czele, Szulc wiedział, że przegrał. Komisarz podszedł do Tomasza i skinął głową. – Sprytne zagranie – powiedział.

– Ale następnym razem może nie mieć pan tyle szczęścia. – Mam nadzieję, że nie będzie następnego razu – odpowiedział Tomasz. Zanim odeszli, usłyszał jeszcze głos Szulca. – Myślisz, że to koniec?

To dopiero początek. Walczak z nikim nie przegrywa. Tomasz odwrócił się do niego. – Wszystko kiedyś ma swój koniec.

Również ty. Wiadomości rozeszły się szybciej, niż ktokolwiek przypuszczał. Zaledwie kilka godzin po tym, jak Gajewski dostarczył nagranie do dziennikarzy śledczych, temat eksplodował w mediach. Portale internetowe, lokalne stacje telewizyjne i gazety zaczęły podawać informacje o siatce mającej na celu zamykanie lokali charytatywnych w Warszawie.

Nagranie było niepodważalne – głos na nim należał do Walczaka, a jego treść nie pozostawiała złudzeń. – Jeśli ktoś ma wątpliwości co do skali tych działań – powiedział Gajewski na konferencji – niech spojrzy na pozostałe lokale. Na te, które zostały zamknięte przez ostatnie lata. Tam zobaczycie, że tu nie chodzi o jeden przypadek.

Komisarz westchnął i spojrzał na nich uważnie. – Przejrzymy to wszystko. Ale jeśli mamy coś z tym zrobić, potrzebujemy więcej. Tomasz zacisnął zęby.

Potrzebowali czegoś jeszcze. Wrócili do restauracji, która mimo wszystko wciąż działała. Zbigniew parzył kawę, a Jakub siedział przy stoliku, przeglądając wiadomości w telefonie. – To się dzieje naprawdę – powiedział cicho.

– Jest o nas wszędzie. Tomasz spojrzał na niego. – To dopiero początek. Ale przynajmniej wiemy już, z kim mamy do czynienia.

– I co teraz? – zapytał Zbigniew. – Teraz – powiedział Tomasz, wstając – czekamy. Aż Walczak zrobi błąd.

Wiedział, że to tylko kwestia czasu, zanim sprawca wróci. Zbyt wiele zainwestował w tę grę, żeby tak po prostu zniknąć. Ale Tomasz był gotowy. Po raz pierwszy od wielu dni czuł, że to nie on jest ścigany, ale że to on trzyma w ręku karty.

A to była całkiem dobra zmiana. Restauracja pana Zbigniewa wciąż stała otwarta, a w środku, w cieple, czekał ciepły posiłek. To była ich mała wygrana. Ale Tomasz wiedział, że najważniejsza bitwa wciąż przed nimi.

I że Walczak nie odpuści, dopóki nie spróbuje jeszcze raz.